Cynizm w pracy nie jest wadą charakteru

Na początku człowiek jeszcze tłumaczy.

Przynosi liczby. Pokazuje wykres. Rozpisuje problem na części. Wskazuje, że plan nie zgadza się z liczbą ludzi, liczba ludzi nie zgadza się z liczbą zadań, a maszyna nie przeczytała prezentacji o przekraczaniu własnych ograniczeń.

Wierzy, że jeśli rzecz nazwie się wystarczająco jasno, ktoś w końcu ją zobaczy.

To mija.

Nie od razu. Najpierw potrzeba kilku spotkań, na których fakty przegrywają z tonem głosu. Kilku planów naprawczych, po których naprawia się głównie sposób raportowania. Kilku zapewnień, że firma jest jedną rodziną, wypowiedzianych tuż przed restrukturyzacją.

Potem człowiek zaczyna oszczędzać energię.

Łożysko nie zna słowa „mindset”

Linia stoi. Łożysko wyje metalicznym tonem, po którym każdy człowiek mający choć trochę doświadczenia wie, że zaraz skończy się nie tylko produkcja, ale i cierpliwość.

Części nie ma.

W pokoju siedzi za to człowiek od metodologii. Młody, czysty, pełen wiary. Smaru nie widział z bliska, ale ma slajd o zmianie perspektywy. Proponuje, żeby nie skupiać się na ograniczeniach. Może warsztat. Może wizualizacja sukcesu. Może właściwe nastawienie zespołu.

Kiedyś zacząłbym tłumaczyć.

Pokazałbym magazyn. Stan części. Czas dostawy. Skutek dla planu. Zużyłbym godzinę życia, żeby udowodnić dorosłemu człowiekowi, że stalowy element nie reaguje na entuzjazm.

Teraz łatwiej powiedzieć, żeby postawić łożysku ołtarzyk. Może jak zaśpiewamy mu o pozytywnym nastawieniu, samo się nasmaruje.

Ludzie z hali rozumieją od razu. Wystarcza spojrzenie. Krótkie, zmęczone. Tak wygląda porozumienie tych, którzy już wiedzą, że oficjalna rozmowa nie odbywa się w tej samej rzeczywistości co ich praca.

W tym miejscu rodzi się cynizm.

Nie jako moda. Nie jako poza człowieka, który chce uchodzić za twardego. Raczej jako oszczędność energii. Pancerz zakładany po kolejnej próbie uczciwego mówienia do systemu, który odpowiada gotowym slajdem.

Szczere oburzenie jest drogie. Nie da się go wydawać codziennie na te same bzdury.

Firma produkuje własnych cyników

Później pojawia się spotkanie budżetowe. Wydajność ma wzrosnąć, zatrudnienie spaść, wynik się poprawić. Matematyka została zaproszona, ale nie dostała prawa głosu.

Na sali siedzą ludzie, którzy rano słuchali o dobrostanie, a po południu mają powiedzieć zespołom, że trzeba pracować jeszcze zwinniej. Z mniejszą liczbą rąk. Przy większej liczbie zadań. Oczywiście bez spadku jakości, opóźnień i złych emocji.

Nikt nie wierzy w plan. Nawet człowiek przy ekranie mówi tak, jakby sam już czekał na koniec. Mimo to prezentacja trwa. Wszyscy uczestniczą w teatrze, bo kalendarz przewidział na niego godzinę.

Ktoś w końcu pyta, czy w planie uwzględniono możliwość klonowania pracowników, czy magia została już wpisana do Excela.

Cisza.

Najuczciwsze kilka sekund spotkania.

Właśnie wtedy cynizm przestaje być prywatną reakcją jednego człowieka. Staje się wspólnym językiem. Ludzie przestają ufać oficjalnej opowieści, ale zaczynają rozpoznawać się po tym samym braku złudzeń.

Jedno spojrzenie mówi więcej niż półgodzinna prezentacja o zaufaniu.

Firma później nazwie ich negatywnymi. To wygodne. Negatywnego człowieka można wysłać na szkolenie, objąć programem rozwojowym albo poprosić, żeby pracował nad komunikacją. Trudniej przyznać, że pamięta poprzednią obietnicę i zauważył, co po niej zostało.

Nie jest zgorzkniały. Prowadzi dokumentację.

Pamięta każde „dbamy o was”, po którym przyszły nadgodziny. Każde „jesteśmy jedną drużyną”, po którym odpowiedzialność spadła na tych samych ludzi. Każdą „szansę rozwojową”, która okazała się dodatkową robotą bez dodatkowych pieniędzy.

Pamięć źle wygląda na prezentacji. Psuje narrację.

Cynizm wraca z człowiekiem do domu

Nie ma jednak sensu robić z cynizmu bohatera. To nie jest wolność ani oznaka wyższej świadomości. To proteza. Pomaga utrzymać pion w miejscu, które zbyt długo obrażało rozum. Niczego jednak nie leczy.

Problem zaczyna się wtedy, kiedy nie zostaje w szafce razem z ubraniem roboczym.

Wraca do domu. Siada przy stole. Wchodzi w zwykłe rozmowy. Człowiek słyszy czyjś entuzjazm i odruchowo szuka ukrytego kosztu. Ktoś mówi o nowym pomyśle, a w głowie od razu uruchamia się kontrola jakości: kto na tym zarobi, kto zapłaci, gdzie schowano haczyk.

To cenna umiejętność, dopóki służy rozpoznawaniu ściemy. Gorzej, kiedy zaczyna pracować bez przerwy.

Cynizm chroni przed łatwą wiarą, ale przy okazji potrafi odciąć człowieka od rzeczy zwyczajnych. Od czyjejś radości. Od własnego zapału. Od pomysłu, który nie został jeszcze przejęty przez dział komunikacji i przerobiony na kampanię zaangażowania.

Po latach człowiek nie wie już, czy stał się dojrzalszy, czy tylko lepiej znieczulony.

Pamięć nie jest negatywnym nastawieniem

Człowiek nie rodzi się z tym tonem. Ten ton wyrabia się powoli. Od spotkań bez decyzji. Od targetów pisanych cudzym kręgosłupem. Od obietnic mających termin ważności krótszy niż jogurt w zakładowej lodówce.

Najpierw człowiek mówi. Później tłumaczy. Potem próbuje żartować. Na końcu zostaje mu suchy śmiech, bo kosztuje mniej niż kolejne rozczarowanie.

Cynizm nie jest zdrowy. Nie jest też elegancki. Czasem pozostaje jednak ostatnią uczciwą reakcją na język, który dawno stracił kontakt z rzeczywistością.

System nazywa to negatywnym nastawieniem.

Człowiek nazywa to pamięcią.

I przestaje klaskać na komendę.