Nie planowałem pisać książek. System miał inny plan.
Pisanie książek nie było moim marzeniem.
Nie siedziałem jako dzieciak i nie myślałem: „kiedyś zostanę pisarzem”.
Nie miałem wizji, planu, strategii budowania marki.
Miałem robotę. Tempo. Obowiązki.
I życie, które z zewnątrz wyglądało dokładnie tak, jak powinno.
W środku?
Jak u większości.
Zamknięte.
Przyciśnięte.
Odłożone na później.
Bo zawsze jest coś ważniejszego niż zastanawianie się nad sobą.
System bardzo to lubi.
Lubią ludzi, którzy dowożą.
Którzy nie marudzą.
Którzy biorą więcej i siedzą dłużej.
Ja też taki byłem.
Aż przestałem.
Nie dlatego, że dojrzałem.
Nie dlatego, że coś zrozumiałem.
Tylko dlatego, że organizm powiedział: koniec.
Moment, w którym wszystko się zatrzymało
I to jest moment, o którym nikt nie chce słuchać.
Bo nagle okazuje się, że wszystko, co było „Twoim życiem”, było oparte na czymś, co właśnie się posypało.
Ciało siada.
Głowa nie nadąża.
Codzienność przestaje działać.
I nie ma już gdzie uciec.
Nie ma roboty, która zagłuszy.
Nie ma tempa, które przykryje.
Zostajesz sam ze sobą.
I nagle wychodzi na wierzch wszystko, czego nie chciałeś widzieć przez lata.
Pisanie nie było wyborem
Pisanie zaczęło się właśnie tam.
Nie jako pasja.
Nie jako zajawka.
Tylko jako ostatnia forma ogarnięcia tego chaosu.
Bo jak nie napiszesz, to to w Tobie siedzi dalej.
I zaczyna Cię żreć od środka.
„Feniks bez popiołów” nie jest ładną historią.
To nie jest książka do kawy i świeczki.
To jest zapis momentu, w którym człowiek próbuje się poskładać, nie wiedząc, czy w ogóle się da.
Bez motywacyjnych haseł.
Bez „będzie dobrze”.
Bo nie zawsze jest dobrze.
Czasem jest słabo.
Czasem jest beznadziejnie.
Czasem jest tak, że nie masz pojęcia, co dalej.
I wkurwia Cię każdy, kto mówi: „będzie dobrze, zobaczysz”.
Nie. Nie wiesz tego.
Ja też nie wiedziałem.
Dlatego napisałem.
Bo miałem dość udawania, że wszystko da się ładnie opakować.
Dlaczego piszę dziś
Druga książka?
Ta czekała najdłużej.
Zaczęta lata temu.
Odkładana jak wszystko, co „nie jest pilne”.
Bo zawsze znajdzie się coś ważniejszego.
Mail. Spotkanie. Robota.
Życie, które „trzeba ogarnąć”.
A potem nagle okazuje się, że to „kiedyś” wcale nie istnieje.
I albo kończysz rzeczy teraz, albo nie kończysz ich nigdy.
Proste.
Pisanie nie zrobiło ze mnie lepszego człowieka.
Nie naprawiło życia.
Nie zamknęło tematów.
Ale przynajmniej przestałem ściemniać — sobie i innym.
Dziś piszę, bo nie chcę wracać do życia, w którym wszystko wygląda dobrze tylko na zewnątrz.
Piszę o pracy.
O systemie.
O tym, jak człowiek się w tym wszystkim zużywa.
Piszę, bo wiem, jak to wygląda od środka.
Nie z książek.
Z życia.
I jeśli ktoś po przeczytaniu pomyśli:
„kurwa, ktoś w końcu napisał to normalnie” —
to wystarczy.
Nie zacząłem pisać książek, bo miałem coś do powiedzenia.
Zacząłem pisać, bo już nie miałem gdzie tego schować.

