Work–Life Balance to narzędzie systemu

Wchodzę do budynku kilka minut wcześniej niż zwykle. Nie dlatego, że jestem ambitny. Raczej dlatego, że przestałem ufać własnemu zmęczeniu.

Drzwi rozsuwają się automatycznie. Uderza mnie chłodne powietrze i zapach detergentu zmieszanego z czymś metalicznym. Zapach miejsca, w którym ludzie udają, że mają wpływ.

Karta odbija. Krótkie piknięcie.

System nie ma wątpliwości.
Ja mam ich coraz więcej.

Korytarz jest biały, równy, przewidywalny. Światło jarzeniówek nie zmienia się nigdy. Tutaj zawsze jest „roboczo”. Idealne warunki do tego, żeby nie czuć niczego konkretnego. Ludzie mijają mnie z kubkami kawy i telefonami przyklejonymi do twarzy. Nowi jeszcze patrzą czujnie. Starzy już wiedzą, że nadmiar pytań szkodzi karierze.

Iluzja kontroli za pomocą slajdów

Siadam przy biurku. Otwieram laptopa. Maili jest kilkadziesiąt: „FYI”, „Urgent”, „Quick question”. Wszystkie obiecują, że będą krótkie. Żaden nie dotrzyma słowa.

Pierwsze spotkanie za piętnaście minut. Status. Alignment. Call. Nazwy się zmieniają, sens nie. Przez godzinę będziemy udawać, że kontrolujemy rzeczywistość za pomocą slajdów.

Patrzę na zegarek. Wszystko się zgadza: czas, plan, KPI.

Tylko ja mam wrażenie, że stoję obok własnego życia — jakbym był tu służbowo, w zastępstwie samego siebie.

To zaczyna się niewinnie

Kilka maili po godzinach. Jeden „krótki Teamsik”. Dwa „jak będziesz mógł”. Nikt nie mówi: od teraz jesteś permanentnie dostępny.

Nie ma syreny alarmowej. Nie ma czerwonej lampki.

Po prostu któregoś dnia zauważasz, że życie prywatne zgłasza się już tylko w formie zaległego prania, zimnej kolacji i ciszy, która boli bardziej niż pretensje.

A potem ktoś rzuca hasło: work life balance

Każdy o nim mówi. Nikt go nie widział.

Plakaty z jogą. Webinary o oddechu. Ankiety o dobrostanie. Mail o wellbeingu wysłany o 21:37.

System nie ma poczucia humoru. Ma za to perfekcyjne wyczucie ironii.

Żyjesz tyle, żeby nie paść.
Pracujesz tyle, żeby nie dało się ciebie zwolnić.
I nazywasz to równowagą.

Uzależnienie od bycia potrzebnym

„Zrobione. Raport wysłany.” Klik.

Przez trzydzieści sekund czuję dumę. Przez trzydzieści godzin — pustkę.

Myślałem, że to odpowiedzialność.

Dziś wiem, że to było uzależnienie. Od bycia tym, który zawsze ogarnie. Od tej jednej krótkiej chwili, gdy ktoś po drugiej stronie ekranu myśli: „Dobrze, że on jest”.

System to uwielbia. Nie każe ci oddać życia wprost. Daje kredyt na poczucie sensu, a potem ściąga raty z weekendów, wieczorów i relacji.

Urlop jako test lojalności

Po jedenastu miesiącach pracy marzyłem o ciszy. Zero atrakcji. Maksimum kanapy.

Trzeciego dnia łamię się: „Sprawdzę tylko nagłówki”.

Trzydzieści maili. Trzy „URGENT”.

W korpo-języku „urgent” znaczy: wiemy, że jesteś na urlopie, ale liczymy, że i tak odbierzesz.

Środa. 16:12. Basen. Dzieci się śmieją. Telefon dzwoni.

„Masz chwilę?”

Pięć minut później siedzę w lobby z laptopem. Na ekranie świeci się czerwony Andon.

Oni śmieją się z nerwów. Ja — z rozpaczy.

Największy przekręt systemu

System wmówił nam, że odpoczynek służy produktywności.

„Odpocznij, żeby lepiej pracować.” Nie: „Odpocznij, bo jesteś człowiekiem.”

W pierwszej wersji jesteś baterią. W drugiej — człowiekiem.

System woli procent. Człowiek ma granice.

Prawda, której nie mówią na webinarach

Work–life balance zaczyna się od straty.

Musisz stracić iluzję, że jesteś niezastąpiony. Musisz stracić nawyk bycia zawsze dostępnym. Musisz stracić potrzebę bycia potrzebnym.

Świat się nie zawala, gdy wyłączysz telefon. Zawala się co najwyżej twoje ego.

A ego da się odbudować. Zdrowie nie zawsze.

Równowagę musisz wziąć sam.

Zaczyna się banalnie: od nieodpisania od razu. Od powiedzenia „jutro”. Od wytrzymania ciszy.

Bo kiedy przestajesz słyszeć powiadomienia, zaczynasz słyszeć siebie.

I wtedy okazuje się, że praca była tylko hałasem.

Życie było obok.

Work–life balance nie jest mitem.
Mitem jest to, że system ci go da.