Dobry szef nie istnieje. Istnieją tylko różne rodzaje złych.
Pierwszy raz pomyślałem, że szef to ktoś wyjątkowy, kiedy zobaczyłem gabinet z drzwiami, które zamykały się ciszej niż rozmowy na korytarzu. Klimatyzacja, dwa monitory, krzesło, które wyglądało jak tron z katalogu ergonomii. Na biurku leżały dokumenty, których nikt poza nim nie rozumiał, i kubek z napisem „leadership”.
Wtedy jeszcze wierzyłem, że w środku siedzi ktoś mądrzejszy.
Z czasem odkrywasz, że za drzwiami nie siedzi mądrość. Siedzi funkcja. Funkcja systemu.
System potrzebuje szefa tak samo jak maszyna potrzebuje panelu sterowania. Ktoś musi nacisnąć przycisk. Ktoś musi powiedzieć „zróbmy to”. Ktoś musi podpisać się pod wynikiem, którego nikt nie kontroluje, ale wszyscy udają, że kontrolują.
Dlatego szefowie dzielą się nie na dobrych i złych. Dzielą się na odmiany.
Najczęstszy gatunek to kontroler.
Ten typ nie ufa nikomu, bo sam wie, jak niewiele rzeczy naprawdę rozumie. Wysyła maile o dwudziestej pierwszej trzydzieści siedem. Wstawia ludzi w kopię „dla transparentności”. Prowadzi spotkania, które przypominają odprawę przed startem rakiety, choć chodzi tylko o to, żeby ktoś zmienił numer w Excelu.
Drugi typ to motywator.
Ten zawsze mówi o energii zespołu, odpowiedzialności i wspólnej drodze. Lubi wielkie słowa. „Ambicja”, „wizja”, „zaangażowanie”. W jego ustach brzmią jak cytaty z książki, której nikt nie przeczytał. Problem w tym, że wszystkie te słowa kończą się w tym samym miejscu: ktoś musi zostać po godzinach.
Jest też typ najbardziej niebezpieczny – przyjaciel.
Ten mówi spokojnie, słucha, czasem nawet się zgadza. Ludzie zaczynają wierzyć, że mają po drugiej stronie człowieka. A potem przychodzi dzień, w którym trzeba zrobić redukcję. Przyjaciel znika, a zostaje menedżer z procedurą w ręku. System nie lubi przyjaźni. Przyjaźń komplikuje Excela.
Najrzadszy gatunek to szef niewidzialny.
Nie robi spektaklu. Nie gra lidera. Nie mówi o kulturze organizacyjnej. Po prostu pozwala ludziom pracować. W systemie taki człowiek uchodzi za legendę. Ludzie mówią o nim szeptem, jak o kimś, kto kiedyś widział jednorożca.
I wtedy pada zdanie: „to był dobry szef”.
Ale prawda jest mniej romantyczna.
Dobry szef w systemie nie jest regułą. Dobry szef jest błędem statystycznym. Czasem pojawia się ktoś, kto jeszcze pamięta, że po drugiej stronie biurka siedzą ludzie. Ktoś, kto nie potrzebuje udowadniać swojej władzy w każdym mailu. Ktoś, kto rozumie, że wynik nie powstaje ze strachu.
Tacy ludzie zdarzają się rzadko. System ich nie produkuje. System ich toleruje przez chwilę, a potem powoli przerabia na standardową wersję menedżera.
Bo system nie potrzebuje dobrych szefów.
System potrzebuje przewidywalnych.
Potrzebuje ludzi, którzy pilnują, żeby liczby wyglądały stabilnie, nawet kiedy wszystko w środku się sypie. Potrzebuje ludzi, którzy potrafią powiedzieć „zespół dowiózł”, choć wiedzą, że zespół jest na granicy.
Po latach przestajesz się dziwić. Przestajesz też szukać idealnego przełożonego.
Zaczynasz rozumieć mechanizm.
Szef nie jest źródłem problemu. Szef jest jego objawem.
Tak samo jak spotkania bez decyzji. Tak samo jak raporty, których nikt nie czyta. Tak samo jak mail wysłany w niedzielę o dwudziestej pierwszej piętnaście z tytułem „Quick update”.
System nie jest zły.
System jest głodny.
A głodny system nie pyta, czy jesteś dobrym szefem. Pyta tylko, czy dowozisz.
I dlatego w końcu rozumiesz jedno.
Dobry szef nie istnieje.
Istnieją tylko różne rodzaje złych.

